piątek, 19 czerwca 2026

Czy każdy może mieć inne zrozumienie prawd moralnych?


Czcigodny Księże Kardynale!

Z głębokim smutkiem i niepokojem przeczytałem zdanie, które wypowiedział Ksiądz w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, opublikowanym w Wielki Piątek, 3 kwietnia 2026 roku: „Gdy chodzi o rozumienie prawd moralnych, każdy może mieć inne. W tej kwestii różnorodność jest możliwa.” Przede wszystkim niepokoi relatywne podejście do zasad moralnych. Nasuwa się pytanie, czy zdaniem Eminencji przykazania Dekalogu odnoszą się do wszystkich ludzi? Czy każdy może zinterpretować przykazania: „Nie zabijaj”, czy „Nie cudzołóż”, tak jak mu się podoba? Ksiądz Kardynał te słowa w wywiadzie dla gazety, która od lat twierdzi, że aborcja to coś dobrego, a w ostatnim czasie za wzór lekarza podaje kobietę, która zabiła zastrzykiem z chlorku potasu chłopca tuż przed narodzeniem. Gazeta Wyborcza od lat zachęca do rozwiązłości i niewierności małżeńskiej. Przedstawia również prostytucję jako godny uznania sposób zarobkowania. Nie odnosząc się do tych kwestii wprost, dał Ksiądz do zrozumienia, że takie rozumienie prawd moralnych jest dopuszczalne. Niejasne wypowiedzi pasterzy mogą spowodować wielkie zgorszenie, zarówno wśród niewierzących czytelników Gazety Wyborczej, jak i wśród słabo poinformowanych katolików. Dlatego zwracam się z gorącym apelem, aby Ksiądz Kardynał, w publicznej wypowiedzi, wyjaśnił, że: 1) Zabijanie niewinnych, w szczególności dzieci w łonach matek, jest zawsze grzechem ciężkim. Zakaz zabijania niewinnych dotyczy nie tylko katolików, ale wszystkich ludzi.               2) Każdy akt seksualny poza małżeństwem, jest grzechem ciężkim.  W niedawnych czasach były to rzeczy dla katolików oczywiste; ze szczególną mocą wypowiadał je święty Jan Paweł II, do którego Eminencja się odwołuje. Niestety, w ostatnich dziesięcioleciach oczywiste być przestały. Tym większy jest obowiązek biskupów, aby te kwestionowane prawdy „w porę i nie w porę” przypominać. Z wyrazami należnej czci i zapewnieniem o modlitwie
Mariusz Dzierżawski

 

 

„Moja droga była drogą Wielkiego Piątku”


Prymas Wyszyński w całej swojej postawie był bardzo elegancki. – Zawsze podkreślał, że ubóstwo to nie dziadostwo. Do nas, pracowników i pracownic, mówił: „Pamiętajcie, macie być skromnie ubrani, ale zawsze elegancko, bo to jest jakieś świadectwo dla ludzi, do których idziecie” – zaznacza. 
pod koniec swoich dni: „Moja droga była drogą Wielkiego Piątku”.  „Wielki Piątek” w życiu kardynała Wyszyńskiego w żadnym razie nie oznaczał cierpiętnictwa. Wszelkie przeciwności – a tych doświadczał bez liku – znosił z pogodą, uważając je za element planu Bożego. Sam zanotował w czasie swojego uwięzienia, że „każde męczeństwo jest wielkim wyróżnieniem, które pomimo boleści i trudów zostaje zwieńczone wielką radością i ostatecznie dochodzi do zwycięstwa”.

wtorek, 16 czerwca 2026

Niszczy nas wiele rodzajów zła

 


Chora jest u nas nie tylko władza, ale także przede wszystkim społeczność. Rząd ten musi upaść. O wiele bardziej powinny nas martwić patologie ducha, jakim ulega wciąż znacząca część społeczeństwa polskiego. To one sprawiają, że najgorszy w historii rząd ciągle trwa i cieszy się poparciem znaczącej grupy ludzi. Bez wątpienia rząd ten szkodzi wszystkim, również tym, którzy go popierają, ale miłośnicy tego rządu wolą cierpieć z jego ręki katusze, niż przyznać się do tego, że ktoś inny w czymś ma rację i jest coś lepszego niż to chore, destrukcyjne, nieudolne rządzenie. Odsłaniają tym samym, że ich sumienia spętane są pychą, a ta nie tylko ich zaślepia na poznanie prawdy, ale także zniewala i czyni zakładnikami własnej głupoty. Po pierwsze, trzeba się zawsze strzec pychy i wszelkich jej przejawów, samej głupoty. Po drugie, należy dla naszego całego życia społecznego nie tylko szukać ludzi prawych, ludzi sumienia, ale także podejmować czynną pracę nad uzdrowieniem duchowym społeczności. To drugie zadanie jest najtrudniejsze, gdyż liczne wojny, lata niewoli i zależności od obcych wyrobiły w społeczności polskiej wiele wad cechujących ludzi marnych, wyrobiły lekceważenie pracy organicznej w dziedzinie doskonalenia ducha. My jednak pamiętajmy, że ludzi marnych nie tyle trzeba kokietować i „przekupywać” (co niestety czynią dziś liderzy partyjni), ile w pierwszej kolejności należy ich wychowywać, przywracając im świadomość własnej godności, ale także ich własnych obowiązków, jakie mają wobec siebie, rodzin, Narodu, państwa i Pana Boga. Gdy pracy tej nie wykonamy, możemy się wciąż spodziewać w polityce polskiej „kariery niejednego Nikodema Dyzmy” i niczego dobrego więcej. Prof. Paweł Skrzydlewski
Artykuł opublikowany na stronie: https://naszdziennik.pl/polska-kraj/330016,chora-wladza-i-chore-spoleczenstwo.html

Prymas Tysiąclecia niczego nie chciał dla siebie


 Prymas bardzo lubił wyjeżdżać w góry. – W czasie wakacji jego wielką radością były rozmowy z góralami. Często podchodził do dzieci, błogosławił je. Rozdawał im cukierki, a potem chodził i zbierał papierki – uśmiecha się Anna Rastawicka. Przypomina sobie, że kardynałowi bliskie były sprawy rolników. Znał się na rolnictwie. Chodząc po górach, zatrzymywał się czasami przy kopkach siana i z upodobaniem wdychał ich zapach.
Żył w prawdziwym ubóstwie, które było prostą konsekwencją całkowitego oddania się na służbę Bogu w Kościele. – Był człowiekiem niewymagającym. Gdy od Polonii amerykańskiej dostał elegancki samochód, przekazał go do Sekretariatu Episkopatu dla zagranicznych gości. Mówił: „Ja bym się wstydził takim samochodem podjechać na wizytację do wiejskiej parafii”. Jak pamiętam, miał jeden samochód, który dostał od Polonii brytyjskiej i nim całymi latami jeździł – opowiada pani Anna. Pamięta też, że prymas bronił się przed wystawnymi przyjęciami. – Prosił siostry zakonne i proboszczów, żeby tego nie było, bo jest bieda, bo nie ma pieniędzy. Niczego nie chciał dla siebie – zapewnia. 
Osoby z otoczenia kardynała Wyszyńskiego dostrzegały, że był to człowiek wolny od ziemskich przywiązań. kardynał Wyszyński nie widział potrzeby zaopatrywania się we wciąż nowe rzeczy. – Przez te wszystkie lata, kiedy pracowałam na Miodowej, nic nie zmienił w wystroju domu. Nie pamiętam, żeby choć jeden mebel przybył. Naprawdę niczego nie chciał dla siebie 

sobota, 13 czerwca 2026

Utonęła ratując współsiostry

 


Sycylia pożegnała 13.05.26  45-letnią siostrę Nadir Santos da Silvę. Utonęła ona w morzu na południu Katanii, po tym, jak ruszyła na ratunek swoim współsiostrom, które znalazły się w niebezpieczeństwie pośród fal. Siostra Nadir Santos da Silva wraz z trzema innymi karmelitankami spacerowała w wodzie, niedaleko od brzegu. Niewidoczny uskok w piasku spowodował, że siostry, które prawdopodobnie nie umiały pływać, wpadły do głębokiej wody i zostały pokryte falami. Siostra Nadir bez wahania rzuciła się im na ratunek. Trzem siostrom pomogła wydostać się na brzeg, podczas gdy sama utonęła w wyniku wyczerpania i zachłyśnięcia się wodą morską. W młodości była daleka od wiary, określała siebie zbuntowanym punkiem i anarchistką. Jednak moc Ducha Świętego doprowadziła ją do głębokiej przemiany, przekształcając jej dawny bunt w całkowite oddanie się Bogu w Karmelu. Za motto swej profesji zakonnej karmelitanka wybrała słowa Jana Pawła II: „Miłość pozwoliła mi wszystko zrozumieć”. Siostra Nadir pochodziła z Brazylii. Należała do zgromadzenia Karmelitanek Posłanniczek Ducha Świętego. GN 14.05.26 

Andrzej Bobola „robił swoje”.

 


Jego praca to były zwykłe zadania księdza i zakonnika: był on prefektem, nauczycielem, misjonarzem ludowym, kaznodzieją, opiekunem Sodalicji Mariańskiej (czyli – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – grup parafialnych) itp. Każdy z nas, niezależnie, jaką ma sytuację życiową, zawód czy powołanie, może poczuć z nim wspólnotę. Andrzej Bobola „robił swoje”- mówi jezuita o. Paweł Bucki, kustosz sanktuarium i proboszcz parafii św. Andrzeja Boboli w Warszawie. GN 14.05.26

piątek, 12 czerwca 2026

Nie chcę tego przypisywać sobie


 Prymas Wyszyński nade wszystko dążył do życia w prawdzie o sobie – a tym właśnie jest pokora. Dlatego starał się unikać laudacji pod swoim adresem. Przed swoimi jubileuszami prosił, żeby nie było przemówień na jego cześć, bo nie chciał, żeby jemu przypisywano jakiekolwiek sukcesy, lecz – zgodnie z jego zawołaniem – „Soli Deo”, samemu Bogu. Był głęboko świadom, że tylko to umożliwia człowiekowi życie w prawdzie.
 Z tego samego powodu kłopot sprawiały mu również życzenia z okazji imienin. Przychodziło wówczas do Domu Prymasowskiego na Miodowej bardzo dużo grup. Anna Rastawicka zapamiętała, że po którymś z takich dni prymas przyszedł wieczorem do kaplicy bardzo zmęczony i westchnął: „Taki trudny miałem ten dzień, bo ludzie tyle chcą mówić człowiekowi pięknych słów, a przecież to wszystko sprawa Boża w moim życiu. Nie chcę tego przypisywać sobie”. –