
Nie
interesuje mnie zdanie większości. Zawsze znajdą się tacy, którzy ze względu na
paraliżujący lęk czy zwykły koniunkturalizm przystaną do „królewskich wysłańców
zmuszających do odstępstwa”. Nie mnie ich oceniać. Nasze pobożne deklaracje
brutalnie weryfikuje życie, a gorące, płomienne zapewnienia „Nigdy nie zaprę
się Ciebie!” mają krótki termin ważności. „Wszyscy Jego znajomi stali z
daleka...” – jak porażająco brzmi ten biblijny opis. „Ten, kto biernie
akceptuje zło jest za nie tak samo odpowiedzialny jak ten, co je popełnia” -
nauczał Martin Luther King. Gdy podczas ostatnich dni Jana Pawła II drodze
krzyżowej w Koloseum przewodniczył prefekt Kongregacji Nauki Wiary kard. Joseph
Ratzinger (trzy tygodnie później został wybrany papieżem) czytał: „Krzyczą,
ponieważ wszyscy krzyczą, a krzyczą oni to samo, co wszyscy inni. I w ten
sposób sprawiedliwość jest zdeptana przez słabość, tchórzostwo i obawę przed
dyktatem panującego nastawienia. Cichy głos sumienia zagłuszony jest przez
krzyki tłumu. Zło czerpie swą siłę z niezdecydowania oraz dbałości o to, co
pomyślą inni ludzie”. Jak to dobrze, że w tłumie znajdują się Matatiasze,
którzy wbrew zdaniu większości mówią donośnym głosem: „Jeżeli nawet wszystkie
narody, które należą do państwa podległego królowi, słuchają go, odstąpiwszy od
kultu swych ojców, i zgodziły się na jego nakazy, to jednak ja, moi synowie i
moi krewni będziemy postępowali zgodnie z przymierzem, które zawarli nasi
ojcowie”. Marcin Jakimowicz, GN 20.11.25