
Co tak naprawdę
mają wspólnego liberałowie z socjalistycznymi, lewackimi kolektywistami (a z
takich dziś składa się rząd i główna klasa polityczna w polskim Sejmie), to
odkryjemy, że łączy ich wrogość nie tylko do Narodu Polskiego, ale także do
religii. Przyczyna tego podejścia do religii u tzw. elit politycznych naszego
parlamentu i rządu jest jedna: oświeceniowy, kosmopolityczny i laicki utopizm,
a zarazem brak realizmu i kontaktu z rzeczywistością. Podzielają ten pogląd i
lewicowcy, i liberałowie, ale inaczej ten areligijny, utopijny świat chcą
realizować. Jedni – przez wolność i pełną autonomię jednostki, inni – przez
doskonale działający totalny, trwały system władztwa nad człowiekiem. Choć się
różnią i niekiedy zwalczają, jednak panuje między nimi zgoda, że należy
próbować tworzyć nowy świat, świat rzekomo lepszy, w którym ma się spełnić
człowiek bez Pana Boga. Oba te stronnictwa są zatem w swej istocie bezbożne,
ateistyczne, antyreligijne. Zabiegają więc o to, by zdobyć władzę w
państwie i móc dysponować środkami zarówno materialnymi, jak i tymi odnoszącymi
się do życia duchowego człowieka, a obecnymi w mediach, edukacji, sztuce. Po co
im ta władza? Deklaratywnie – dla realizacji szczęścia ludzi, w praktyce – by
zrealizować plany własnej utopii. Co ważne, pogardzają nie tylko tymi, którzy
nie podzielają ich przekonań, ale także samym państwem, które dla nich jest
tylko instrumentem i etapem w procesie. U kresu swej polityki przewidują
likwidację państwa, także narodów, ale przede wszystkim religii. Bo ona wciąż
przypomina, kim tak naprawdę jest człowiek i po co żyje, a także to, że na mocy
tylko ludzkich starań można budować na ziemi jedynie piekło. Czasami to
poznanie siebie dokonuje się, gdy człowiek spogląda na bezbronnego
Boga-Człowieka, narodzonego w ubogiej stajence. Prof. Paweł Skrzydlewski