24 grudnia w Polsce weszło w życie prawo o neutralnych płciowo ogłoszeniach o pracę. Chodzi o obowiązek używania takich nazw stanowisk, żeby nie dyskryminowały płci. Czyli jeśli poszukujesz pracownika, to nie możesz napisać: „zatrudnię pracownika”, bo „pracownik” to, zdaniem prawodawcy, facet. A tak nie wolno, bo ty masz poszukiwać, powiedzmy, „osoby pracowniczej”. Możesz to sformułować jakoś inaczej, byle nie było tam sugestii co do płci poszukiwanego/poszukiwanej. Tak samo nie możesz napisać, że zatrudnisz opiekunkę do dziecka, bo to sugeruje, że chcesz przyjąć kobietę. Masz więc napisać „osobę z doświadczeniem w opiece” albo jakoś inaczej, byle „neutralnie”. A co, jeśli rzeczywiście chcesz przyjąć opiekunkę – kobietę? Napiszesz: „osoba opiekuńcza z macicą”? Albo jeśli poszukujesz spawacza, uściślisz, że „osoba spawająca” powinna legitymować się prostatą? Po co ten cyrk? Ano bo nie można utrwalać przekonania, że niektóre zawody są typowo męskie lub typowo kobiece. Kobiety i mężczyźni muszą więc być w procesie rekrutacji postrzegani jako równi kandydaci na każde stanowisko. Przepraszam: równe osoby kandydackie. Ja rozumiem, że autorzy nowego prawa chcą wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w dostępie do pracy i płacy – ale w taki sposób? Co to za wolność, skoro robi się z nas idiotów, niezdolnych do odpowiedniego formułowania nawet tak prostych rzeczy jak ogłoszenia? Franciszek Kucharczak GN 8.01.26

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz